Tomasz Elbanowski o referendum edukacyjnym

Dawni zagorzali przeciwnicy referendum, politycy Platformy i działacze związkowi, ze swoimi podkradzionymi hasłami o „woli rodziców" i „wolnym wyborze" są dziś śmieszni – pisze prezes stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców.

Pan redaktor Michał Szułdrzyński w tekście „PiS słucha Polaków. Niektórych" napisał: „Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory obietnicą, że będzie słuchało Polaków. I dotrzymuje jej, ale a rebours. Wykluczając możliwość referendum w sprawie reformy edukacyjnej, choć pod wnioskiem o nie podpisało się niemal milion osób, pokazuje, iż - owszem - słucha rodziców, ale pod warunkiem, że są to rodzice Elbanowscy".

Nie chcę w tym artykule dyskutować ani o zasadności referendum w sprawie gimnazjów, ani o samej reformie powrotu do systemu 8+4, a nawet o tym, jaki model relacji ze społeczeństwem wybrała obecnie rządząca partia. Po lekturze tekstu redaktora Szułdrzyńskiego odczuwam jednak naglącą konieczność wyjaśnienia znaczenia prostego z pozoru określenia „rodzice". Przy okazji warto też przypomnieć, czym różni się ruch obywatelski od ruchu stricte politycznego.

 

PO przeciw referendum

Kim więc są w debacie publicznej „rodzice"? Czy są nimi działacze partii opozycyjnych lub związków zawodowych zrzeszających nauczycieli, którzy zebrali niemal wszystkie podpisy pod najnowszym wnioskiem o referendum? Oczywiście przewodniczący Schetyna, Broniarz czy Petru z pewnością są ojcami, a pani Kopacz zapewne jest matką. Jednak słowo „rodzice" nie jest pierwszym, które kojarzy się z ich postaciami. No, chyba że ich dzieciom. Temu, że PiS nie słucha mamy Kopacz czy taty Petru, naprawdę trudno się dziwić.

Z lekceważeniem rodziców mieliśmy z pewnością do czynienia przez osiem lat, kiedy walczyliśmy o wolny wybór w sprawie sześciolatków. Sondaże w tej sprawie były dla ówczesnego rządu druzgocące, dodatkowo jeszcze rodzice głosowali nogami, za wszelką cenę nie posyłając sześciolatków do szkoły, lecz pozostawiając je w dobrej, sprawdzonej edukacji przedszkolnej. Złożyliśmy w Sejmie trzy wnioski obywatelskie podpisane przez ponad 1mln 600 tys. rodziców. Podpisy były konsekwentnie mielone w sejmowej niszczarce podczas obu kadencji premiera Donalda Tuska oraz premier Ewy Kopacz, z partii, nomen omen, „obywatelskiej". Marszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska stwierdziła wtedy: „Od tego, kiedy dzieci pójdą do szkoły, zależy ich rozwój. Dlatego powinni o tym decydować parlamentarzyści, a nie obywatele w referendum". A premier Tusk dał nową wykładnię konstytucji, dowodząc, że są reformy, które przegrałyby w referendum, ale trzeba je wprowadzić, czyli że to nie naród, ale jego partia jest suwerenem. Nasz ostatni projekt ustawy, pod hasłem „Rodzice chcą mieć wybór", PO odrzuciła przez aklamację i to w roku wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Nowy rząd PiS już w grudniu 2015 r. przywrócił rodzicom sześciolatków wolny wybór, o który wytrwale walczyli tyle lat. Już we wrześniu kolejnego roku kilkaset tysięcy rodziców sześciolatków (ponad 80 proc.) skorzystało z nowych przepisów, zostawiając dzieci w przedszkolach. Jednocześnie nowa ekipa w MEN rozpoczęła zupełnie inną reformę.

Kto zebrał podpisy

I oto, jak w lunaparku, gdzie klaun przedrzeźnia dorosłych i dzieci, członkowie poprzedniej ekipy zaczęli wykrzykiwać hasła, przed którymi niedawno zamykali okna gabinetów. Ewa Kopacz wystąpiła w roli trybuna ludu: „Obrona wolnego wyboru jest zapisana jako zobowiązanie naszej partii". W podobny ton uderzyła była minister edukacji, za której kadencji odrzucono milion głosów pod wnioskiem o referendum w sprawie nie tylko sześciolatków, ale też gimnazjów. Do grona krytyków reformy gimnazjalnej dołączyła partia Nowoczesna, której lider Ryszard Petru, owszem, ma dzieci w wieku szkolnym, ale realia oświaty publicznej zna raczej z opowieści. Ruch oporu poprowadził Sławomir Broniarz, szef Związku Nauczycielstwa Polskiego, który swego czasu protestował przeciw wprowadzaniu gimnazjów, a tuż przed ostatnimi wyborami podpisał porozumienie programowe z lewicą, która, o ironio, likwidację gimnazjów miała w programie. I tak oto grupa polityków - dawniejszych zagorzałych przeciwników idei, by w sprawie edukacji wypowiedział się suweren - rozpoczęła wspólnie zbiórkę podpisów pod referendalnym wnioskiem obywatelskim.

W latach, gdy protestowaliśmy przeciwko obniżeniu wieku przymusu szkolnego, wiele gazet pisało o nas ostrożnie jako o „niektórych rodzicach". Dziś, nie tylko według redaktora Szułdrzyńskiego, miano „rodziców", już bez żadnych ograniczeń, otrzymują związek zawodowy nauczycieli o komunistycznym rodowodzie i politycznym zaangażowaniu oraz partie opozycyjne prowadzące nieustanny ostrzał rządu. Sławomir Broniarz bez trudu uruchomił kilkusettysięczną machinę związkową, a politycy, którzy jeszcze niedawno wychodzili ze skóry, żeby powstrzymać realizację postulatów społecznych, teraz oblegli sklepy z opornikami i hurtownie styropianu. Podpisów pod referendum ZNP nie zbierali rodzice, tylko wygarniturowane zastępy działaczy partyjnych i związkowych. Nawet jeśli w tę zbiórkę podpisów zaangażowali się jacyś niezadowoleni rodzice z krwi i kości, to politycy opozycji skutecznie skompromitowali efekty ich społecznego zaangażowania. Zresztą liczby mówią same za siebie, a inicjatorzy wniosku nie omieszkali się nimi publicznie pochwalić. Jak podano, z około 900 tys. podpisów ZNP zebrał 550 tys., PO - 209 tys., Nowoczesna - 56 tys., inne organizacje, w tym również organizacje rodzicielskie oraz np. Partia Razem - 50 tys. podpisów.

Prowadząc akcję „Ratuj maluchy", wielokrotnie musieliśmy wysłuchiwać od różnych publicystów, że mamy cele polityczne i tylko czekamy, by na sukcesie obywatelskiej zbiórki wystartować do Sejmu. Fakt, że opozycyjny PiS podjął nasze postulaty, dla wielu przedstawicieli mediów oznaczał, że staliśmy się z nim tożsami. W rzeczywistości przez te osiem lat nigdy nie pozwoliliśmy aktywistom PiS choćby zbliżyć się do naszych akcji zbierania podpisów, w myśl zasady: „Boże chroń nas od przyjaciół, bo z wrogami sami sobie poradzimy". Pamiętam wiele sytuacji, w których politycy chcieli nas potraktować jak swoje paliwo wyborcze, zjeść jak przystawkę. Traktowaliśmy polityków z dużym chłodem, jednocześnie korzystając z każdej okazji, by wywierać naciski na realizację rodzicielskich postulatów.

Regularna armia i partyzanci

Nasze centrum dowodzenia nie zajmowało całego biurowca w Warszawie, takiego, jaki posiada ZNP, ale małe mieszkanie. Podpisów nie zebrały zorganizowane struktury w każdym zakątku kraju, tylko zwykli rodzice, którzy dołączali do akcji ad hoc i często przysyłali tylko jeden formularz. Najwięcej czasu zajmowało nam otwieranie setek tysięcy kopert. Z samych znaczków pocztowych mogliśmy tworzyć gigantyczne kolaże. Podpisów nie zbierano na zebraniach w szkole, ponieważ dyrekcje bardzo często obawiały się reperkusji ze strony zwierzchników. Zupełnie inaczej niż teraz, gdy pewna nauczycielka pisała do nas, że jest przymuszana w swoim środowisku do angażowania się w zbiórkę przeciw likwidacji gimnazjów, czy jej się to podoba czy nie. W 2013 r. nikt nie działał pod przymusem, angażował się w akcję z własnej woli. Rodzice tworzyli punkty zbiórki w swoich firmach czy miejscach pracy. Mieliśmy je wszystkie wymienione na stronie: małe zakłady fryzjerskie, sklepy, klubiki zabaw dla dzieci, kwiaciarnie. Czasem, przeglądając formularze, widać było, że jakaś matka lub ojciec przeszedł przez całą wieś, dom po domu, numer po numerze.

Emocji, które towarzyszyły wówczas rodzicom, nie da się porównać z niczym innym. Wszyscy dobrze wiedzieli, że działają w słusznej sprawie, że politykom nie chodzi o dobro dzieci, ale o to, żeby skrócić ich edukację o rok, by szybciej skończyły szkołę i zaczęły zrzucać się do wielkiej czarnej dziury o nazwie ZUS.

Z pewnością wiele głosów podnoszonych przez protestujących przeciw likwidacji gimnazjów można uznać za słuszne i piszę to jako ojciec szóstoklasisty, który pójdzie na pierwszy ogień tej zmiany. Ale w przeciwieństwie do sprawy sześciolatków to nie chęć zaoszczędzenia na dzieciach popchnęła obecną władzę do kolejnej reformy. Ludzie chcieli likwidacji gimnazjów. Wiem to nie tylko z sondaży opinii publicznej, ale przede wszystkim z setek listów i opinii, które docierały przez lata do naszej fundacji. Podczas gdy rząd Platformy działał przeciwko woli społeczeństwa, rząd PiS realizuje jeden z bardzo głośnych postulatów, o którym rodzice „na dole" mówili od wielu, wielu lat.

To dlatego, mimo nieograniczonych możliwości i gigantycznej przewagi organizacyjnej i finansowej, zrzeszonym siłom partyjno-związkowym tak naprawdę nie udało się porwać prawdziwych tłumów. Nie zdołali nawet pobić naszego społecznego rekordu z 2013 r. Zabrakło im kilkudziesięciu tysięcy. Podkreślanie sukcesu zbiórki ZNP jest jak wychwalanie regularnej armii, której nie udało się dokonać tego, co zrobiła grupa partyzantów.

Dawni zagorzali przeciwnicy referendum, politycy Platformy i działacze związkowi, ze swoimi podkradzionymi hasłami o „woli rodziców" i „wolnym wyborze" są dziś śmieszni. I kto jak kto, ale redaktor Szułdrzyński, jako osoba zajmująca się zawodowo śledzeniem polityki, powinien tę groteskę zauważyć. ©?

Autor jest historykiem, działaczem społecznym, współzałożycielem stowarzyszenia i fundacji Rzecznik Praw Rodziców, które prowadzi wraz z żoną Karoliną. W 2008 r. zorganizowali akcję „Ratuj maluchy", zbierając podpisy przeciwko obniżeniu wieku obowiązku szkolnego

 

Tekst został opublikowany na stronie internetowej dziennika Rzeczpospolita: http://www.rp.pl/Publicystyka/306059882-Tomasz-Elbanowski-o-referendum-edukacyjnym.html#ap-1

Wesprzyj nas