List rodzica

Dzień dobry,

Nawiązując do aktualnie opisywanej przez media sprawy rodziców, którzy „porwali niemowlaka” oraz sprzeciwu Fundacji przeciw takiemu traktowaniu rodziców, chciałabym podzielić się z Państwem historią, która zdarzyła mi się dwa lata temu.
Postaram się opisać zwięźle:

1. Mój syn, w 2015 roku 5-latek, miewał problemy z krtanią przy okazji infekcji grypowych. Objawiało się to tym, że miał utrudnione oddychanie i pojawiał się u niego charakterystyczny „szczekający” kaszel. Stan ten – nieleczony – mógłby doprowadzić nawet do śmierci poprzez uduszenie. Wystarczało podanie lekarstwa w formie inhalacji, ewentualnie także zastrzyku na obkurczenie krtani.
2. Pewnego wieczora, kiedy u syna znowu pojawiły się objawy zapalenia krtani, postanowiłam skorzystać- za radą mojej pani pediatry – z pogotowia ratunkowego zamiast jeździć do punktu nocnej opieki. Pogotowie przyjechało po ok. 25 min i wtedy okazało się, że nie dysponuje sprzętem do inhalacji ani też nie ma tam lekarza pediatry. Jedyne co zrobiło pogotowie, to zabrało mnie, syna oraz moją młodszą córkę do najbliższego szpitala rejonowego.
3. Na dzień dobry syn dostał do rączki wenflon a lekarz ordynator poinformował mnie, że trzeba syna hospitalizować. Nie chciałam się na to zgodzić ponieważ:
a/ wiedziałam, że nie jest to sprawa „śmiertelna” jeśli poda się lekarstwo
b/ mój syn choruje na autyzm i nie wyobrażałam sobie pozostawienia go samego na oddziale
c/ mój mąż przebywał za granicą i nie miałam blisko rodziny która mogłaby mi pomóc.
4. Ordynator zapytał więc „…. Jeszcze raz, czy wyraża pani zgodę na hospitalizację syna?” na co ja odpowiedziałam, że nie.
5. Po niecałych 10ciu minutach do sali weszło dwóch policjantów. Powiedzieli, że jeśli nie wyrażę zgody na pozostawienie syna w szpitalu, oni wystąpią do prokuratora o nakaz „wydania dziecka”. Zdaniem lekarza jest to „sytuacja zagrażająca życiu dziecka” i nie mam prawa odmówić.
6. W akcie desperacji zażądałam przekazania nas do szpitala specjalistycznego na oddział laryngologiczny.
7. Po odczekaniu blisko godziny na karetkę, po północy zostaliśmy zawiezieni na oddział. Nie będę opisywać tego co ja czułam, jak głośno płakały dzieci, jak syn chciał wyrwać sobie wenflon z ramienia i jak głośno klął kierowca karetki, że „robi za taksówkarza”.
8. Summa summarum lekarz dyżurujący na oddziale wypuścił nas do domu, gdzie dotarliśmy około wpół do piątej rano.

Lekcję tę odpracowałam bardzo dobrze i dziś już wiem, że „wejście w system” w jakiejkolwiek sprawie jest po prostu ostatecznością. Dopóki mogę radzę sobie sama i z pomocą bliskich. Okazać się może, że ja jako rodzic nie mam prawa decydować o losach mojego dziecka, więcej, jestem uważana za „odmawiającą udzielenia koniecznej pomocy nieletniemu”.
Nie znam i nie śledzę przypadku rodziców niemowlęcia, wiem tylko, że zwykły rodzic w zderzeniu z lekarzem nie ma żadnych szans. Tak jak w moim przypadku ordynator podupadającego szpitala rejonowego z nadmiarem wolnych łóżek stwierdził mocnym głosem, że jest to „stan bezpośredniego zagrożenia życia” – z czym miałam dyskutować, przecież ja jestem tylko głupim i awanturującym się rodzicem, a on reprezentuje MEDYCYNĘ!.

Dziękuję, że zabraliście Państwo głos w sprawie, bo jak to w końcu jest, odpowiedzialność za dziecko ponosi rodzic czy tzw. Państwo?. A przecież wystarczyło z rodzicami niemowlęcia po prostu po ludzku porozmawiać, i ustalić jak wspólnie najlepiej opiekować się maluszkiem, przecież o to chyba chodzi a nie słać za ludźmi policjantów i robić aferę na pół Polski.

Serdecznie pozdrawiam

Katarzyna z Tarnowskich Gór

 

Wesprzyj nas